Marcin Korniluk i Beata Żarkowska skończyli studia na Uniwersytecie w Białymstoku i zapytali siebie: Co dalej? Postanowili wrócić do Siemiatycz - rodzinnego miasta Marcina. Pomyśleli - Zrobimy coś dla siebie i dla innych i reaktywowali założone kilka lat wcześniej Stowarzyszenie "Ruch na rzecz Ziemi". Mówią, że chcą zaprzyjaźnić się z miastem i poznać jego historię. Nie chcieliśmy tylko narzekać - dodają. Na poddaszu małej kamiennicy przy rynku znaleźli miejsce dla działań stowarzyszenia. To nie jest zwykły budynek - mówi Marcin - ma swój niepowtarzalny klimat. Przed wojną mieściła się tu piekarnia Żyda Manesa. Razem z Beatą znaleźli zdjęcie tego domu z 1947 roku. Pytali mieszkańców miasteczka - Jak miał na nazwisko ów piekarz - Cydelnik, Bużnik czy Oberkowicz? Nikt nie wiedział.

Przygoda Marcina i Beaty z odkrywaniem miasta zaczęła się ponad rok temu. Marcin podczas wizyty u ciotki swojego kolegi, żeby usiąść przy stole musiał przesunąć kilka obrazów. Zapytał z grzeczności: A co to za obrazy? To obrazy Józefa Charytona - takiego Nikifora z Siemiatycz, malarza umarłych - usłyszał w odpowiedzi. Na obrazach Charytona zobaczył Siemiatycze, jakich nie znał. Polsko-żydowskie miasteczko, gwarne, żywe i pełne ruchu. Chciał wiedzieć więcej o Charytonie, o siemiatyckich Żydach, o tym, jak wyglądało tu kiedyś życie.
Dziś w Siemiatyczach są dwie parafie prawosławne, dwie katolickie, mieszkają Romowie, ale w tym wielokulturowym obrazie czegoś nam brakowało - opowiada Marcin. Przed wojną co drugi mieszkaniec Siemiatycz był Żydem. Już w XVII wieku powstała tu jedna z najliczniejszych gmin żydowskich na Podlasiu. Dom kultury mieści się w starej synagodze, szkoła - w zachowanym, pięknym budynku religijnej szkoły Kadima, ślady macew można znaleźć w podmurówkach domów. Kiedy Marcin i Beata zdali sobie sprawę, że był ktoś, na czyich obrazach można znaleźć dawne Siemiatycze - postanowili szukać dalej. Po nitce do kłębka - opowiadają. |
Kiedy w wyszukiwarkę internetową wstukaliśmy nazwisko Charytona - pojawiła się wielka czarna dziura - śmieje się Marcin. Zaczęliśmy pukać do drzwi mieszkańców miasteczka: Czy słyszeli Państwo o takim malarzu - Józefie Charytonie? A może wiedzą Państwo, kto może mieć jego obrazy? - pytali. Chodziliśmy szlakiem osób, które w Siemiatyczach mieszkają od pokoleń, które mają pamięć tego miasta. Niektórzy chętnie otwierali drzwi, pomagali jak mogli, inni zadawali zagadki - Opowiem wam więcej o Charytonie, jeśli dowiecie się, czy był samoukiem, czy skończył Akademię Plastyczną? To było bardzo inspirujące zadanie - mówi Beata. Krok po kroku zdobywali więcej informacji. Kiedy dotarli do pani Barbary i zobaczyli ściany pełne obrazów Charytona - poczuli, że ta przygoda porwała ich na dobre. Pani Barbara opowiada: Jestem położną, a wszystkie dzieci, którym pomogłam przyjść na świat nazywam "lalkami". Marcin przyszedł i pochwalił się, że jest moim "wnukiem". Zapytał o Józefa Charytona. Charyton to był mój wuj. Pomyślałam, że to dobrze, że młodzi się interesują, że pamiętają, że może dzięki nim ta pamięć nie zaginie. Zaprosiłam ich na herbatę.

Kim był Józef Charyton? Malarzem-samoukiem, filozofem, wielbicielem historii i wynalazcą. Bohaterem opowiadania Mariana Brandysa "Strażnik królewskiego grobu". Urodził się w 1910 roku i przeżył 65 lat. Pierwszą wystawę swoich obrazów miał 11 lat przed śmiercią. Marcin z Beatą odnaleźli tylko jeden jego przedwojenny obraz. Ciepłe kolory, skała, para zakochanych - może tak malowałby gdyby nie było wojny? Okna mieszkania Józefa Charytona w 1941 roku wychodziły na teren getta Musiał widzieć, jak pierwsze transporty wywoziły Żydów do obozu w Treblince. Musiał zapamiętać przejmującą ciszę, która po nich została.
|